Południe południowej wyspy, czyli Invercargill – NZ, część III

1
Poprzednie dwie części:
http://jakzdrowozyc.pl/zaplanujesz-sie-wyspisz-nowa-zelandia-czesc/
http://jakzdrowozyc.pl/milford-sound-najpiekniejsze-miejsce-nowej-zelandii-nz-czesc-ii/

Przemoknięci do suchej nitki i przerażeni perspektywą spania pod namiotem przez kilka kolejnych, deszczowych dni, z wielką radością przekroczyliśmy próg domu Sally, która z miejsca nakazała nam czuć się jak u siebie. Postanowiliśmy zostać u niej 3 dni i wysuszyć nasze rzeczy, poczekać na lepszą pogodę, oraz zobaczyć okolicę.

Invercargill to miasto na samym południu południowej wyspy. Dość duże, ale sprawiające wrażenie miasta „farmerskiego”. Okolica jest ładna, ale dość płaska, jak na nowozelandzkie standardy i nie ma tam wiele atrakcji. Wyszukaliśmy to, co się dało i ruszyliśmy w drogę.

Jedną z większych atrakcji okolicy jest „skamieniały las”. Okazało się, że są to bardzo staaaare pnie drzew, które zachowały się w niemal nienaruszonym stanie do dnia dzisiejszego. Nie wiem dokładnie w jaki sposób, ale wyglądały jak skamieniałe. Sam fakt, że natura potrafi zachować swoją historię w taki sposób jest niesamowity, ale wizualnie „skamieniały las” nie robił jakiegoś niesamowitego wrażenia. Liczyliśmy także na to, że uda nam się spotkać na miejscu bardzo rzadki gatunek pingwina (żółtooki), ale niestety nie było nam to dane.

Hanka świetnie się bawiła skacząc pomiędzy kałużami i kicając jak mały zajączek z wysepki na wysepkę do czasu aż… nie wpadła jedną nogą do wody. Wtedy już tylko tata dobrze się bawił, a Hance humor się popsuł. Było chłodno, około 12 stopni, więc nie mogliśmy dłużej czekać na żółtookie pingwiny i musieliśmy uciekać do auta, żeby nam się nie przeziębiła.

W drodze powrotnej pojechaliśmy zobaczyć latarnię morską (głównie po to, aby pokazać ją Hance) oraz spróbować szczęścia z kolejnym zwierzęciem, którego w Polsce zobaczyć się nie da, a mianowicie z lwem morskim. Gdy dojechaliśmy na miejsce poszedłem na samotny zwiad, bo dziewczyny nie wiedziały, czy warto w taką pogodę wychodzić z auta (mięczaki!), ale gdy wróciłem po kilku minutach i powiedziałem, że na plaży są lwy morskie, od razu zaczęły się ubierać. Zostawiłem je i pospieszyłem w kierunku zauważonych wcześniej z daleka przerośniętych fok, bo chciałem im zrobić zdjęcie zanim uciekną. Okazało się, że pośpiech był zbędny. Dwa słodkie lwy morskie po prostu leżały sobie na plaży i „cięły komara”. Na tabliczce niedaleko napisane było, aby nie podchodzić zbyt blisko, bo mogą się przestraszyć i zaatakować człowieka, więc trzymałem się w bezpiecznej odległości i cyknąłem kilka fotek. Usatysfakcjonowany postanowiłem pójść trochę dalej i zobaczyć, czy znajdę ich więcej, ale minutę później spotkałem osobę wracającą z kierunku w którym podążałem, która powiedziała mi, że więcej lwów morskich już nie dalej nie zobaczę.

Zawróciłem więc i wtedy zobaczyłem, jak Marysia i Hania schodzą na plażę i jak gdyby nigdy nic idą sobie w moim kierunku, drepcząc ledwie kilka metrów od śpiących lwów morskich, którym dopiero co robiłem zdjęcia. Ewidentnie nieświadome zagrożenia, beztroskie i chowające się przed silnym wiatrem w kołnierzach swoich kurtek. Zastygłem w miejscu, ale nic nie mogłem zrobić. Nie chciałem krzyczeć, aby nie budzić i nie płoszyć lwów, obserwowałem tylko uważnie czy się poruszą, czy nie. Na szczęście moje dwie panny zostały totalnie zignorowane i wyszły z tej krótkiej przygody bez szwanku. Okazało się, że nie widziały ani znaku przed plażą, ani samych zwierząt, które faktycznie na pierwszy rzut oka przypominają po prostu duże kamienie :)

Mając trochę wolnych chwil udaliśmy się również na lokalny plac zabaw, gdzie spędziliśmy trochę czasu bawiąc się w chowanego. Hanka wyjątkowo nie była skłonna do nawiązywania nowych znajomości z lokalnymi mieszkańcami i kompletnie zignorowała chłopca, który również się tam bawił. No trudno, w takich chwilach zawsze pozostają rodzice :)

Chcąc odwdzięczyć się Sally za gościnę zaproponowałem, że zrobię dla ich lokalnego klubu trening. Dzięki temu poznałem Svend’a, 80-latka, który jest autorem większości map do biegu na orientację w okolicy. Svend od wielu lat jest zapalonym orientalistą i jedynym mapiarzem w klubie. Pomimo swojego wieku wciąż spędza po kilka godzin dziennie w lesie, rysując nowe mapy i aktualizując stare. Sally mówiła, że zdarzają mu się gorsze dni i nie jest już tak nieomylny jak dawniej, ale wciąż jest jedną z najważniejszych postaci w ich klubie. Z jednej strony to wspaniałe, w tym wieku wciąż kultywować swoją pasję, ale z drugiej strony… chyba już czas, aby ktoś młodszy w klubie zaczął się tym interesować i przejął od Svend’a pałeczkę.

Odwiedziliśmy go w jego domu, dostaliśmy mapy, a następnego dnia zrobiliśmy na jednej z nich ciekawy trening, na którym stawiło się kilkanaście osób. Wszyscy z lasu wrócili cali i zdrowi i mówili, że było super. Pytanie czy z uprzejmości, czy nie… :) Tylko Marysia powiedziała, że było słabo, bo jej się mapa nie zgadzała miejscami 😉

Gdy się w końcu rozpogodziło, nadszedł czas, by ruszać dalej. Kolejnym przystankiem było zachodnie wybrzeże południowej wyspy, tzw. West Coast :)

Kilka ciekawych faktów o południu południowej wyspie:

– wiek najstarszych drzew w „skamieniałym lesie” szacuje się na 180 milionów lat,
– pingwin żółtooki to jeden z nielicznych gatunków pingwinów, które można spotkać na północ od oceanu arktycznego,
– na południe od Invercargill znajduje się wyspa Stewart Island, na której raz do roku odbywa(ł?) się bal dla singli.

Starałem się, ale więcej do głowy mi nie przychodzi. Nie będę ukrywał, że to był najnudniejszy kawałek NZ, jaki widzieliśmy. Nie zmienia to faktu, że wspomnienia wywieźliśmy bardzo pozytywne, głównie dzięki wspaniałym ludziom, których poznaliśmy :)

W następnej części: The West Coast! :)

invercargill

.

One Response

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *