Pozytywne dni – każdy z nas je ma

2

Są takie chwile w życiu, takie momenty, dni, kiedy po prostu chce się żyć, a wszystko co negatywne nagle przestaje mieć znaczenie. Chcesz przeczytać o jednym z takich dni? Rzecz dzieje się jesienią 2014 roku. Zapraszam :)

.

Dzwoni telefon. Nie odbieram. Nie odbieram, bo to budzik. Jak zawsze z żalem wyłączam mój ulubiony soundtrack z filmu „Braveheart”. Jest szaro, pochmurnie. Zanim wstanę muszę zmierzyć tętno. Przykładam palec wskazujący do zimnego oczka aparatu w telefonie i starając się nie poruszać czekam na wynik. Tętno spoczynkowe 38. Pierwszy lepszy lekarz skierowałby mnie na przekrojowe badania z tak niskim wynikiem, ale ja jestem zadowolona. Sportowcy tak mają.

Zrywam się z łóżka. Podobno tak trzeba, dynamicznie, wtedy łatwiej się wstaje. Tak czytałam. Tomek i Hania jeszcze śpią. Zaglądam do córci i jak zwykle nie mogę się napatrzeć na jej śliczną twarzyczkę i zmierzwione włosy. Przymykam drzwi do jej pokoju i idę do łazienki. Szybko zamieniam lekką, bawełnianą piżamę na 100% poliester. Teraz wszystko z tego robią, a szczególnie rzeczy do biegania. Nalewam sobie pół szklanki soku i idę na balkon sprawdzić, czy telefon mówi prawdę. Chłodne i wilgotne powietrze poranka orzeźwia i budzi mnie całkowicie. Drobniutkie kropelki wody tryskające z poręczy, na którą kapie woda z balkonu wyżej łaskoczą mnie po nogach. Pada deszcz. Niestety, prognoza pogody nie kłamała. Przez moment stoję rozdarta pomiędzy chęcią powrotu do ciepłego i suchego wnętrza, a delektowaniem się ciszą, spokojem i melancholią miasta, które zazwyczaj tętni kakofonią dźwięków. Przez niezwykle krótką chwilę zastanawiam się nad opuszczeniem treningu, ale zaraz przywołuję się do porządku. Wracam do środka i zakładam buty. Zerkam w stronę lustra i spośród kilku kartek wyławiam wzrokiem tę właściwą. „Nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie”. Otwieram jeszcze raz szafę i wyciągam opaskę na uszy. Zakładam też ocieplacz, a do kieszeni na wszelki wypadek chowam rękawiczki.

Przed wyjściem biorę telefon i włączam aplikację do biegania. Pozostawiam ją uruchomioną w tle, a następnie włączam audiobooka. Rich Roll, „Finding Ultra”. Oczywiście po angielsku, bo języka obcego trzeba używać, inaczej się zapomina. Wsuwam telefon w opaskę na ramieniu i próbuję podłączyć do niego słuchawki. Jak zwykle wszystko poplątane. Walka z niesfornymi kabelkami zajmuje mi dobrą minutę.
Wychodzę. Drzwi skrzypią przeraźliwie. Po raz setny próbuję to zapamiętać, aby później powiedzieć Tomkowi by nasmarował. Schodząc ze schodów i wsłuchując się w silny i dźwięczny głos lektora po raz setny zapominam.

Popycham ciężkie drzwi klatki schodowej i czuję jak ktoś zarzuca na mnie płaszcz. Płaszcz z deszczu. Jest mi lekko zimno, ale to dobrze. Wiem, że za kilometr albo dwa już będzie ciepło. Zawsze tak jest. Dopingowana mokrymi biczami biegnę dość szybko. Gdzieś na pograniczu pierwszego i drugiego zakresu. Zwolnię trochę jak się nieco rozgrzeję. Mój telefon co kilka minut z nieustającą powagą oznajmia mi moje tempo biegu. Przecież wiem że za szybko. Tobie, bezduszna maszyno, jest wszystko jedno, a ja tu nasiąkam jak gąbka. 100% poliester. Niezbyt chłonna gąbka.

Ciepło zawsze zaczyna się rozchodzić od środka ciała, w stronę rąk, nóg, dłoni, stóp i palców. Mokre kosmyki włosów oblepiają mi twarz. W butach chlupie woda. Nawet nie staram się już omijać kałuż. Co jakiś czas chłodne podmuchy wiatru przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Dla sporadycznie mijanych ludzi, pełznących chodnikiem, muszę wyglądać jak kompletna wariatka, ale od dawna już nie zwracam na to uwagi. Jestem tu i teraz. Robię to co lubię. Realizuję swoje cele i spełniam marzenia. Tylko ja i droga. I jeszcze deszcz. I wiatr. Parszywa dwójka. Zaczynam się zastanawiać czy nie włożyć rękawiczek. Telefon znów mówi mi, że biegnę za szybko, ale nic nie poradzę, to z zimna.

Wbiegam między drzewa. Tu pada mniej, ale za to każda kropla jest jak mały kubeł zimnej wody. Takie mini Ice Bucket Challange. Mimo wszystko nareszcie się rozgrzewam. Zapominam o rękawiczkach i zaczynam cieszyć się błotnistym, leśnym duktem. Podziwiam liście upstrzone już tu i ówdzie pastelowymi kolorami jesieni. Wdycham cudowny zapach lasu.
Dwa kilometry później jestem już prawie na żwirowni. Z każdą chwilą jest coraz cieplej. Przejaśnia się. Podczas podbiegu na nieduże wzniesienie słyszę być może najważniejsze słowa w moim życiu.

„Do what you love; love those you care about; give service to others; and know that you’re on the right path. There’s a new path waiting for you, too. All you have to do is look for it — then take that first step. If you show up and stay present, that step will eventually become a gigantic leap forward. And then you’ll show us who you really are.”

Zatrzymuję się na górze. Świeci słońce i pada deszcz. Rozglądam się w poszukiwaniu tęczy i o dziwo ją znajduję! Jest wyraźna, kolorowa, radosna, tak jak mój umysł. Nie przejmuję się już deszczem. Jest przepięknie. Łzy mieszają się z kroplami deszczu spływającymi po mojej twarzy. Kocham biegać, kocham naturę, kocham Hanię i Tomka. Kocham Życie!

Pociągając nosem rzucam ostatnie spojrzenie na znikającą powoli tęczę i ruszam z powrotem. Uśmiecham się do siebie. Twarz sama mi się śmieje. Pędzę co sił ignorując mojego elektronicznego trenera. Chcę zatrzymać to uczucie na zawsze. Chcę podzielić się nim z moimi najbliższymi, którzy już pewnie buszują po kuchni gotując śniadanie. Chcę pokazać wszystkim jak cudowny jest świat i jak szczęśliwym może być człowiek. Nagle wiem, że dziś jest ten dzień w którym to ja zrobię swój pierwszy krok. Mam nadzieję, że Rich Roll ma rację i ten pierwszy krok przerodzi się w gigantyczny skok naprzód w stronę nowego życia.

Nie! Jestem pewna że tak będzie!

.

A jak wyglądają Twoje pozytywne dni? :)

2 Responses

  1. D-Vitum

    Zdrowie to podstawa ! Najpierw dieta, później jakiś trening (fitness, bieganie, siłownia, basen) a na końcu sen i wtedy człowiek ma zdrowe ciało !

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *