Skuterem po Pai i okolicy, część II

1

Poprzedni wpis o Pai, małej miejscowości na północy Tajlandii w której spędziliśmy trzy tygodnie podczas naszej podróży do tropików w końcu doczekał się kontynuacji :) Część pierwszą znajdziesz tutaj.

.

Miłośnicy natury muszą zobaczyć wodospady

W Pai jest tak, że każda pierdoła w okolicy jest atrakcją turystyczną. Mieścina żyje prawie wyłącznie z ruchu turystycznego, więc jak już ktoś przyjedzie, to trzeba go wycisnąć do cna. Rdzenni mieszkańcy nie są nachalni, to trzeba przyznać, ale niektóre miejsca reklamowane w broszura dla turystów… no cóż, czasem lepiej nie zobaczyć wszystkiego :)

Na szczęście wodospady do tych miejsc nie należą. W okolicy Pai znaleźliśmy ich kilka i na każdy spróbowaliśmy dojść. Na dwa nam się nawet udało, choć do jednego musieliśmy robić dwa podejścia, ponieważ za pierwszym razem Hania nam już wymiękła i musieliśmy wrócić na szlak drugi raz, tym razem bez niej. Był to najładniejszy wodospad z tych które widzieliśmy. Dobiegliśmy do niego dokładnie w walentynki, 14 lutego. Krótką relację z tej wycieczki biegowej możecie zobaczyć na filmie:

W drodze wodospad Mae Yen idzie się bardzo ciekawym szlakiem, który wielokrotnie przekracza rzekę i wije się przez malowniczy las pełen zieleni i tropikalnej roślinności. Mimo iż droga zajmuje kilka godzin, to cały czas jest ładnie i wcale się nie dłuży. Ten spacer to czysta przyjemność, a niespodzianka czekająca na samym końcu jest wspaniałą wisienką na torcie. Polecamy :)

Drugim wodospadem który udało nam się zobaczyć jest wodospad Pembok. Jest on o wiele lepiej dostępny dla przeciętnego turysty, ponieważ można do niego dostać się skuterem. Z parkingu do wodospadu jest ze 100 metrów. Nie jest aż tak spektakularny jak Mae Yen, ale wciąż warto go zobaczyć, szczególnie jeśli spędza się w Pai więcej niż kilka dni. W okolicy można również obejrzeć malownicze, soczyście-zielone pola, a także coś zjeść lub wypić.

Po drodze do wodospadu Pambok mija się jedną z tych wątpliwych atrakcji turystycznych… szczelinę. Otóż na polu jednego z farmerów rozstąpiła się ziemia tworząc kilka szczelin i uniemożliwiając mu jej uprawianie. Zaradny właściciel zrobił z tego atrakcję, porozwieszał drogowskazy i znaki informacyjne i ludzie zaglądają. Na miejscu można położyć się w hamaku, skosztować lokalnych przysmaków, obejrzeć wspomnianą szczelinę, która wrażenia nie robi żadnego, a na koniec zapłacić „co łaska”. Ciekawy model biznesowy, ale najwyraźniej działa :)

.

Pai Canyon – bezpieczeństwo jest przereklamowane

Bardzo ciekawym miejsce w okolicy jest Pai Canyon. Nie spodziewaliśmy się tutaj fajerwerków, ale to miejsce potrafi zaskoczyć. Krajobraz wyrzeźbiony w tym miejscu przez rzekę w ciągu tysięcy lat jest zapierający. Wyrastające z lasu żółte, piaskowe skarpy i zbocza wyglądają bardzo malowniczo. Przejścia wąskimi grzbietami bez żadnego zabezpieczenia budzą… emocje. W Europie w takim miejscu na pewno byłyby barierki, liny, via ferrata, czy coś w tym stylu. W Tajlandii była przepaść, która hipnotyzowała i jeżyła się czubkami drzew. Jeden fałszywy krok i lecisz w dół. Szanse na przeżycie raczej niewielkie. Mimo wszystko amatorów nie brakowało. My również zdecydowaliśmy się zaryzykować i bardzo ostrożnie, pojedynczo, przeprawiliśmy się przez najwęższy fragment, za którym było już znacznie lepiej. Do najdalszych miejsc wysłaliśmy na zwiady tylko Mariusza. Nikt więcej nie chciał się umorusać w żółtym pyle, który na szlakach kanionu był wszechobecny.

Pomimo niebezpieczeństwa (dla przeciętnie sprawnego człowieka oceniałbym je jako umiarkowane) na pewno jest to miejsce warte zobaczenia. No chyba że ktoś widział już Wielki Kanion Kolorado 😉

.

Chińska wioska i gorące źródła

W okolicy Pai funkcjonuje mała wioseczka stylizowana na modłę chińską. Jedzie się do niej kilkanaście minut skuterem, a na miejscu można poczuć się… jak w Chinach? Chyba tak, szczególnie jeśli Chiny kojarzą nam się z tandetą. Znaleźliśmy tam replikę fragmentu chińskiego muru, staw z karpiami cesarskimi oraz mnóstwo sklepików z wyrobami mającymi przypominać turystom Chiny. Można tam było kupić wszystko i nic, co by mnie zainteresowało. Czy było warto się tam pojawić? Chyba nie…

Do gorących źródeł wybraliśmy się bardzo wcześnie rano, ponieważ tylko wtedy można było docenić temperaturę wody, poranki w Pai są chłodne. W lutym temperatura wynosiła około 13 stopni. Założyliśmy na siebie wszystko co mieliśmy, ponieważ podczas jazdy skuterem temperatura odczuwalna jest jeszcze niższa i pojechaliśmy szukać ciepła w mokrych dziurach w ziemi. Znaleźliśmy je zgodnie ze wskazówkami na mapie. Zapłaciliśmy za wejście i czym prędzej udaliśmy się w górę strumienia, który już na dole delikatnie parował. Źródło wybijało u góry (jak to ze źródłami bywa), a woda spływała powoli w dół, przelewając się przez kilka basenów. Dzięki takiemu projektowi każdy kolejny basen miał wodę o odrobinie niższej temperaturze, tak by każdy mógł znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce na relaks. Od zawsze lubiłem gorące kąpiele i możliwość wylegiwania się w parującej wodzie sprawiła mi dużo przyjemności, choć po godzinie miałem już dość. Polecam :)

.

Bary i lokale

Zdecydowanie najwięcej osób spędzało czas w bardziej przyziemny sposób niż tułanie się po okolicy. Codziennie wieczorem całe centrum Pai po prostu rozkwitało. Ulice robiły się kolorowe od świateł, powietrze przynosiło zapach smażonego w restauracjach i na straganach jedzenia, a uszy wypełniały dźwięki muzyki. Bary, restauracje i wszystkie lokale zapełniały się klientami, którzy przychodzili delektować się lokalną kuchnią i drinkami. Główna ulica nasycała się straganami. Stały jeden przy drugim przez dobre kilkaset metrów po każdej stronie. Nad głowami zapalały się lampy, lampki i świecidełka. Sprzedawano tam wszystko, co potencjalny turysta może kupić, czyli w większości chłam. Niemniej jednak widok był piękny i spacer przez tak wyglądające miasto ma swój urok. Szczególnie w tych mniej zatłoczonych uliczkach :)

.

Pai opuszczaliśmy z żalem. Przede wszystkim dlatego, że droga powrotna ponownie wiodła przez ponad 700 zakrętów i byliśmy prawie pewni, że bez rzygania się nie obejdzie :) Ale pokochaliśmy Pai również dzięki atmosferze tego miasteczka pełnego kolorów i zapachów, ale jednocześnie spokoju, harmonii i wyjątkowego ducha. Coraz częściej zdarza mi się wspominać czas spędzony w Pai z tęsknotą. Chyba między innymi dlatego postanowiłem napisać drugą część relacji z naszego pobytu :)

Poza tym… mamy wakacje, więc wspomnienia z wakacji są jak najbardziej na miejscu :)

Wszystkie zdjęcia z wyjazdu do Tajlandii.

.

One Response

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *