Uśmiechnięta Tajlandia – początek

Wyjazd do Tajlandii może i był dość spontaniczny, ale już późniejsze przygotowania jak najbardziej nie były. Staraliśmy się o niczym nie zapomnieć, w rezultacie czego mieliśmy po dwa plecaki już na starcie. Nie była to wygodna opcja podróżna, ale małe plecaki były nam potrzebne, a duże musieliśmy zabrać, bo do małych wszystko się nie mieściło. Korzystając z nadmiaru miejsca spakowaliśmy naprawdę dużo jedzenia na pierwsze dwa tygodnie, które planowaliśmy spędzić w domku Marty i Mariusza, gdzie do dyspozycji jest w pełni wyposażona kuchnia.

.

Byle do Chiang Mai

Podróż rozpoczęliśmy o 7 rano z domu Marysi rodziców. Polska żegnała nas lekkim mrozem, szronem, ale także słońcem, tak jakby chciała powiedzieć: „Zostańcie, tu też będzie fajnie”. Po 2 godzinach jazdy samochodem, 12 godzinach lotu samolotem oraz 13 godzinach oczekiwania na te samoloty dotarliśmy do Chiang Mai, północnej stolicy Tajlandii. Ani tu, ani kilka godzin wcześnie w Bangkoku nie zderzyliśmy się ze ścianą gorąca i wilgoci, której się spodziewaliśmy. Nikomu nie przyszło do głowy na to narzekać. Godziny były już mocno popołudniowe, bo lądowaliśmy o 17 czasu lokalnego. Chcieliśmy przede wszystkim dotrzeć jak najszybciej do pokoju, aby zrzucić ciężkie plecaki i móc wyjść na miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Po kilkunastu minutach okazało się, że nie da się dojść do naszego noclegu na piechotę drogą wzdłuż lotniska, tak jak początkowo planowałem. Zatrzymali nas strażnicy i wymownymi gestami dali do zrozumienia, że tędy nie przejdziemy. W sumie sami już zaczynaliśmy wątpić czy na pewno chcemy tamtędy iść, ponieważ droga nie miała chodnika. Wróciliśmy więc potulnie na lotnisko i udaliśmy się pod banner „Taxi meter 160 bht”. Faktycznie za 160 bahtów dojechaliśmy kilkanaście minut później pod nasz mały, ale przytulny i wygodny hotelik.

swiatynia w chiang mai

Tajlandczycy mają niezwykłą podzielność uwagi

Jazda taksówką była naszym pierwszym ciekawym doświadczeniem w Tajlandii. Zmiana pasa i skręcanie bez migaczy, jazd pomiędzy wyznaczonymi pasami, wyprzedzanie na trzeciego, ruch lewostronny, a to wszystko trzymając kierownicę jedną ręką, tą samą w której trzymana była także komórka. Na komórce nasz kierowca prowadził ożywioną rozmowę na komunikatorze, a drugą ręką lepił dla Hani różę z chusteczki higienicznej. Podzielność uwagi godna… hm, uwagi.

Klimatyzowany pokój przywitał nas przyjemnym chłodem. Poza łóżkiem, lodówką i gniazdkami z prądem nie miał wiele do zaoferowania, więc czym prędzej wyszliśmy na miasto. Umieraliśmy z głodu. Niedaleko nas znajdowała się polecana nam restauracja Pun Pun i właśnie tam skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Po drodze chłonęliśmy lokalne życie przyuliczne, które akurat w tym miejscu Chiang Mai było bogate głównie w stragany, wózki i małe restauracyjki, wszystko z najprzeróżniejszym jedzeniem. Nie umknęły naszej uwadze także banany rosnące na drzewach przy drodze oraz nieznane nam do tej pory jackfruity, owoce drzewa bochenkowego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że są to największe owoce na świecie, ich waga może dochodzić nawet do 30 kg. Mimo wszystko oczywiście cyknąłem obowiązkową fotkę, zanim poszedłem dalej.

jackfruit

Pun Pun otwarty jest do godziny 17. Wiadomość warta zapamiętania. Pocałowaliśmy klamkę (albo właściwie rozsuwane, bambusowe drzwi) i byliśmy zmuszeni poszukać jakiejś strawy gdzie indziej. Znajomość angielskiego u lokalsów była znikoma. Nasza znajomość tajskiego jeszcze gorsza. W związku z tym znalezienie czegoś wegetariańskiego lub wegańskiego nie było proste. Czasami ludzie kiwali głową, uśmiechali się i było widać że nie rozumieją ani słowa, innym razem trochę rozumieli, ale nie było żadnych wegańskich dań w karcie. Nie chcieli wykazać się elastycznością i przygotować nam czegoś po prostu bez mięsa. Nie ma i koniec, przepraszamy, dziękujemy, do widzenia. Jedynym plusem było to, że wszyscy byli bardzo mili i dużo się uśmiechali. Zrezygnowani postanowiliśmy w końcu, że Marysia i Hania wrócą do pokoju, a ja wybiorę się jeszcze na samotne łowy i albo wezmę coś na wynos, albo wrócę się do sklepu i kupię zwykły chleb. Na szczęście z tych planów nic nie wyszło, ponieważ tuż przed naszym hotelikiem znaleźliśmy restaurację, w której obsługa mówiła dobrze po angielsku i z przygotowaniem dań bezmięsnych nie było żadnego problemu. Zjedliśmy tam pyszną kolację, po której wróciliśmy do pokoju, gotowi  na solidną dawkę snu.

Spaliśmy ponad 12 godzin.

ulica chiang mai

Marta, Mariusz, jedziemy! (Bleeee)

Następnego dnia ponownie udaliśmy się do Pun Puna i ponownie nie udało nam się tam nic zjeść. Fakt do zapamiętania: Pun Pun zamknięty jest w środy. Trudno, w ramach rekompensaty zjedliśmy całkiem niezłe śniadanie w innej knajpie z jedzeniem wegetariańskim, a do tego w straganach przydrożnych zaopatrzyliśmy się w banany z grilla i gotowaną kukurydzę. Mało brakowało a kupilibyśmy także duriana, najbardziej śmierdzący owoc świata, ale w ostatniej chwili się rozmyśliliśmy, ponieważ nie wiedzieliśmy czy można go jeść na surowo. Tego dnia czekała nas jeszcze podróż, w którą nie chcieliśmy go zabierać.

Po śniadaniu właściciel hoteliku zawiózł nas na Arcade Bus Station, skąd mieliśmy złapać transport do Pai. Czytałem wcześniej w internecie, że to dość popularna trasa i faktycznie – na wolne miejsca musieliśmy czekać aż dwie godziny. Spędziliśmy je głównie grając w Piotrusia oraz jedząc ohydny, tłusty i zimny obiad. Ostrzeżeni przez Mariusza łyknęliśmy przed odjazdem po tabletce środka zapobiegającego chorobie lokomocyjnej.

Jak się później okazało całkiem słusznie. Droga z Chiang Mai do Pai jest bardzo kręta. Do połowy trzymaliśmy się dzielnie, ale później już nie było tak wesoło. Hanka wymiotowała dwa razy, na szczęście oba pawie udało mi się złapać do torebki foliowej. Ja i Marysia jakoś się trzymaliśmy, ale również odczuwaliśmy lekkie mdłości. Gdy bus w końcu dojechał jedna z kobiet wystrzeliła przez otwarte drzwi jak strzała i na następne pięć minut utkwiła w koszu na śmieci przy przystanku. Nie tylko nam jazda się dłużyła…

droga z chiang mai do pai

Po wypakowaniu bagaży napisałem SMSa do Mariusza, który z szerokim i serdecznym uśmiechem przywitał nas już pięć minut później. W końcu razem. Na dwa razy przetransportowaliśmy się do ich domku, gdzie czekała na nas również Marta. Nie widzieliśmy się ponad 3 miesiące, wszyscy byli bardzo szczęśliwi. Obejrzeliśmy nasz domek na najbliższe dni i faktycznie, tak jak Mariusz pisał, można się tu czuć jak w raju.

.

Nareszcie można odpocząć… oczywiście aktywnie! :)

Póki nie zrobiło się ciemno poszliśmy z Mary trochę pobiegać. Mijaliśmy przydrożne bary, w których ludzie siedzieli i leniwie sączyli piwo. Mijaliśmy mnóstwo cudownie udekorowanych i oświetlonych domów i resortów zapraszających gości w swoje skromne progi. Mijaliśmy lokalsów siedzących przy podgrzewanym woku, na który wkładali fragmenty mięsa i warzyw, podsmażali i wkładali prosto do ust. Po drodze znalazłem leżącego na ziemi jackfruita, którego z wielkim trudem dotachałem do domku. Okazało się jednak, że chyba nie był jeszcze dojrzały i musieliśmy go wyrzucić. W międzyczasie Mariusz i Marta przygotowali pyszną kolację warzywno-owocową oraz zaopatrzyli nas w piwo, przy którym spędziliśmy znakomity wieczór wymieniając się wiadomościami z minionych miesięcy. Napawaliśmy się zielenią, ciepłem, śpiewem ptaków, grą świerszczy i pięknym widokiem na Pai, świecące w ciemności światłem latarni i domowych lamp.

Zmęczeni poszliśmy spać szybciej niż byśmy chcieli.

.

Jeżeli ktoś woli fotorelację, to tutaj można znaleźć album ze zdjęciami.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *