Milford Sound – najpiękniejsze miejsce Nowej Zelandii? – NZ, część II

W poprzedniej części opisałem jak szukaliśmy biletów, jak planowaliśmy wyjazd i jak nam minęły pierwsze dwa tygodnie w Nowej Zelandii. Dziś czas na kolejną część opisu naszej wyprawy i zaczniemy mocno, ponieważ tuż po tym jak skończyliśmy biegać na zawodach, postanowiliśmy pojechać zobaczyć jedną z najbardziej reklamowanych atrakcji turystycznych NZ, czyli Milford Sound.

.

Całodniowy wyjazd, dwugodzinna atrakcja

Pamiętam jak siedziałem z laptopem obok namiotu i przeczesywałem internet w poszukiwaniu jakichkolwiek zniżek na bilety do Milford Sound. Niestety pierwsza rzecz, którą zapamiętałem zanim jeszcze to miejsce odwiedziłem, to że jest cholernie drogie. Można się tam dostać na kilka sposobów, z czego u nas w grę wchodziły dwa:
– dojazd własnym samochodem (kilka godzin jazdy w jedną stronę),
– kupienie wycieczki z przewoźnikiem (taka wycieczka startuje wcześnie rano z Queenstown lub z Te Anau i wraca po południu lub wieczorem).

Opcji transportu helikopterem nie rozważałem, choć takie też są 😉
Opcja dojazdu z przewoźnikiem jest oczywiście droższa, ponieważ trzeba zapłacić przewoźnikowi :) Opcja dojazdu samodzielnego wydawała się nam z kolei męcząca. Mieliśmy już dosyć ciężkich dni i chcieliśmy odpocząć, dlatego kombinowałem jak by to zaplanować, żeby nie było za ciężko. Chciałem nawet kupić nocleg na miejscu, ale na szczęście wszystko było już zajęte (na szczęście dla naszego portfela). Ostatecznie postanowiliśmy dojechać naszym autem, przenocować pod namiotem, a następnego dnia rano udać się na rejs statkiem po Milford Sound. Dzięki temu rozłożyliśmy podróż na dwa dni, aby nie spędzić 8 godzin w samochodzie jednego dnia. Była to najtańsza możliwa opcja, a i tak same bilety na łódkę kosztowały nas 670 złotych. Doliczając do tego dojazd (Milford Sound jest daleko od wszelkich innych atrakcji, więc trzeba jechać kilkaset kilometrów tylko dla tego jednego miejsca) i nocleg, wizyta w tej sławnej zatoce kosztowała nas około 900 złotych.
Lepiej, żeby urwało mi dupę” – pomyślałem, dokonując płatności.

Jedziemy do Milford Sound, bywało lepiej ;)

Droga dojazdowa do zatoki Milforda jest reklamowana jako jedna z najpiękniejszych tras samochodowych na świecie. Powiem tak… może, ale nie przy takiej pogodzie, jaką mieliśmy. Mgła, chmury, deszcz, wszystkie góry niewidoczne, wszystko schowane za parawanem szarości. Owszem, spływające po skałach tymczasowe wodospady robiły wrażenie, ale wolałbym słońce :)

.

Zaakceptuj swój los, nie walcz z rzeczami, na które nie masz wpływu

Gdy dojechaliśmy na miejsce, godzinę przed odpłynięciem naszego statku, lało jak z cebra. Marysia stwierdziła, że ona nigdzie nie idzie, a Hanka już się nie mogła doczekać biegania w deszczu. Chciałem sprawdzić prognozę pogody, ale nic z tego, tam nie było ani jednej kreski zasięgu GSM.

5 sekund po wyjściu z auta :)

W takich chwilach warto zastosować jedną z moich ulubionych technik usuwających przeszkody mentalne: akceptację.

Po pierwsze, zapłaciliśmy tyle forsy, że nie ma bata, abyśmy zostali w aucie, więc pewne jest, że musimy iść. Po drugie wygląda na to, że padać nie przestanie, nie mamy peleryn przeciwdeszczowych i mamy jedną parasolkę (która przed takim deszczem nie uchroni), więc równie pewne jest to, że będziemy mokrzy. Po trzecie jest dość chłodno (około 10 stopni, odczuwalna pewnie około 5), więc na pewno zmarzniemy. Daliśmy sobie kilka minut na oswojenie się z tymi myślami, a następnie wysiedliśmy. Zabraliśmy wszystkie ciepłe ubrania, jakie przywieźliśmy ze sobą do NZ (nie było ich wiele) i pożegnaliśmy nasze suche i ciepłe autko :) Woda ciekła mi z plecaka na spodenki i już po dwóch minutach miałem mokry cały tyłek. Po kolejnej minucie miałem mokro w butach, czego oczywiście oczekiwałem. Nosiłem takie obudowane sandały, w których chodzę praktycznie cały rok. Nie chronią przed wodą, ale za to szybko schną :)

Hania była dzielna :)

Hanka zupełnie się deszczem nie przejmowała, potraktowała to jako zabawę i byłem pewny, że dopóki nie zrobi jej się zimno, to nie będzie marudzić.

Pani w kasie biletowej odebrała nam resztki nadziei na to, że rejs w taką pogodę zostanie odwołany. Wydała nam karty wstępu i wskazała miejsce, gdzie powinniśmy oczekiwać na naszego przewodnika. Kilkanaście minut później płynęliśmy już łodzią po zatoce.

Widzisz poziomą bryzę od wodospadu?

.

Wodospadów może być za dużo

Na szczęście wewnątrz łodzi było ciepło i sucho. Na nieszczęście, wszystko co było warte zobaczenia znajdowało się na zewnątrz 😉 Nasz przewodnik bardzo starał się nas przekonać do tego, że mamy szczęście odwiedzając Milford Sound właśnie w taką pogodę, ponieważ dzięki temu możemy obserwować setki tymczasowych wodospadów spływających praktycznie z każdej ściany zatoki. Faktycznie, był to piękny widok. Szkoda, że wszystkie szczyty otaczających nas gór były w chmurach :(

Tak więc płynęliśmy. Hanka zajęła się przede wszystkim przeglądaniem zawartości naszych toreb z lunchem (dostaliśmy je na łodzi), Marysia zajęła się Hanią, a ja zająłem się zdjęciami, co sprawiało, że cały czas wędrowałem po łodzi, podążając za wskazówkami naszego przewodnika i przemieszczając się z rufy na dziób i z jednej burty na drugą. Świetnie spisał się mój telefon, który pierwszy raz przeszedł test wodoszczelności.

Mój ulubiony moment tego prawie dwugodzinnego rejsu to wizyta pod jednym z dwóch stałych wodospadów w zatoce. Przy normalnej pogodzie łodzie z turystami podpływają pod sam wodospad tak, że można wziąć do ręki szklankę i napić się wody prosto z wodospadu. U nas wyglądało to nieco inaczej. Po pierwsze sam wodospad był ogromny. Nie chodzi mi tutaj o jego wysokość, ale o ilość wody, która z niego spływała. Podpłynęliśmy na jakieś 50 metrów do wodospadu i tam łódź się zatrzymała na kilka minut, aby można było zrobić zdjęcia. Ależ miałem tam ubaw. Bryza, która biła od wodospadu, była tak silna, że zdmuchiwała ludzi z pokładu. Stoisz za szybą, patrzysz na wodospad i myślisz sobie: „no ładny, chyba wyjdę zrobić fotkę”. Jak tylko wysuniesz się zza osłony, uderza Cię podmuch powietrza z wodą, który sprawia że tracisz równowagę. Zrobienie zdjęć wodospadu to był prawdziwy survival i po fakcie stwierdziłem, że miałbym o wiele lepsze fotki, gdybym robił zdjęcia ludziom robiącym zdjęcia wodospadu 😉 No ale coś tam udało się ustrzelić.

Na koniec operator łodzi obrócił się rufą do wodospadu, aby odpłynąć, ale nikt nie pomyślał by zamknąć tylne drzwi od kabiny i orzeźwiająca bryza przewietrzyła także tych, którzy postanowili pozostać w suchym zaciszu kabiny. Nie byli z tego powodu zbyt szczęśliwi 😉

Jako ostatnią atrakcję odwiedziliśmy jeszcze podwodne obserwatorium, w którym gówno było widać (że tak powiem…), ponieważ napadało tyle, że wierzchnie 10 metrów wody to była brązowa deszczówka, która skutecznie blokowała dopływ światła. Zobaczcie różnicę pomiędzy reklamą, a tym co zobaczyliśmy :)

Czego się spodziewaliśmy

Czego się spodziewaliśmy

Co zobaczyliśmy

.

Czy pojechałbym jeszcze raz do Milford Sound?

Koniec końców, przetrwaliśmy. Trochę nam się podobało, trochę nie. Z jednej strony faktycznie zatoka miała swój urok w taką pogodę, z drugiej strony… spodziewaliśmy się czegoś zupełnie innego. Nie umniejszam tego, że miejsce jest piękne, ale…
Czy zapłaciłbym za tą atrakcję jeszcze raz? Nie, uważam, że za te pieniądze można zobaczyć dużo innych, równie fajnych miejsc i nie marnować całego dnia tylko po to, aby przepłynąć się 2 godziny na łodzi po zatoce. W kolejnych odcinkach relacji pokażemy Ci kilka innych ciekawych miejsc w NZ :)

Kilkuset metrowa, pionowa ściana, cała spływająca wodą

Faktem natomiast było to, że mieliśmy mnóstwo mokrych rzeczy i że prognoza pogody na najbliższe 3 dni dalej zapowiadała deszcz. Spanie pod namiotem w takich warunkach jest… trudne :) Dlatego też wybrałem na telefonie numer do Sally, sympatycznej pani z Invercargill (korespondowałem z nią wcześniej przez internet, ale napisałem jej, że nie zamierzamy odwiedzać jej rejonów) i powiedziałem jej, że zmieniliśmy zdanie i jednak przyjedziemy :)

Południe południowej wyspy, nadchodzimy! :) Ale o tym już w kolejnej części :)

.

Kilka ciekawostek na zakończenie

Suma rocznych opadów w zatoce Milforda jest dwa i pół razy większa niż w lasach deszczowych Amazonii. Nie wiedziałem o tym wcześniej, ale okazało się, że trafić na słoneczny dzień jest tutaj o wiele trudniej, niż na deszczowy. Warto w takim razie sprawdzić prognozę pogody przed rezerwacją. My tego nie zrobiliśmy.

– W Milford Sound zaczyna się (lub kończy, zależy w którą stronę idziemy) piękny szlak górski, polecany przez wiele osób, z którymi rozmawialiśmy. To kilkudniowa wyprawa, więc z Hanką nie było szans tam iść, ale na pewno wart jest uwagi.

– Oprócz rejsu łodzią i wstępu do podwodnego obserwatorium można kupić w Milford Sound mnóstwo innych atrakcji (oczywiście za grube dolary). Jedną z nich jest godzinna wycieczka kajakowa. Kilka osób z naszego rejsu miało tą atrakcję wykupioną. Popłakałem się ze śmiechu przypominając sobie ich miny, kiedy przyszedł ich przewodnik i wręczając im kamizelki powiedział, że pomimo pogody kajaki wciąż są aktualne 😉

Brązowa woda w zatoce jest obecna tylko po opadach deszczu, a jaj kolor jest wynikiem barwników, które przedostają się do niej, gdy spływa po porośniętych mchem zboczach otaczających zatokę gór.

– W zatoce można spotkać wiele gatunków zwierząt. My widzieliśmy tylko foki, ale nie udało mi się zrobić ładnego zdjęcia, ponieważ telefon nie ma zoomu :(

– Zatokę odwiedza nawet milion turystów rocznie. W dzień, w którym my ją odwiedzaliśmy wszystkie rejsy były obsadzone, pomimo słabej pogody.

– Podobną atrakcją jest inna zatoka o nazwie Doubtful Sound. Podobno mniej zatłoczona, ale jeszcze droższa :(

– Zdjęcie tytułowe posta oczywiście nie pochodzi z naszej wizyty w Milford Sound 😉 Autorem jest Paul Bica. Można za to zobaczyć różnicę pomiędzy tym czego się spodziewaliśmy, a co zobaczyliśmy 😉

nz poludniowa wyspa czesc2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *