Jak czytać etykiety na produktach żywnościowych

2

Każdy wie, że w sklepach, a szczególnie w super-hiper-marketach można dostać wiele różnych odpowiedników tego samego produktu. Wiemy też, że są one podobne, ale nie takie same. Oczywiście często różnią się ceną, ale w przypadku jedzenia nie warto być wrażliwym na cenę (chyba że mamy do wyboru dwa produkty tej samej jakości), ale za to baczną uwagę należy zwracać na skład kupowanego pożywienia. A skład, zgodnie z wymogami prawnymi, zawsze znajdziemy gdzieś na opakowaniu, tak samo jak datę przydatności do spożycia.

Jeżeli Twoje oczy pozwalają Ci na odczytanie tego drobnego maczku, jakim raczą nas producenci, to już jesteś do przodu. Czytałem, że niektórzy noszą ze sobą szkła powiększające, choć osobiście się z takimi przypadkami nie spotkałem. Jednak to, że możesz odczytać etykietę nie znaczy że to zrobisz. Dlaczego? Ponieważ nie wiesz że należy, nie chce Ci się, albo po prostu nie ma to dla Ciebie znaczenia. Prawda? No chyba że się mylę, wtedy witam w gronie świadomych klientów :) Czy jednak w pełni świadomych? Przekonajmy się.

Na co zwracać uwagę podczas czytanie etykiet?

Pierwsze co powinno rzucać się w oczy i alarmować, to długa lista składników. Im dłużej, tym zazwyczaj gorzej. Jeżeli producent zastępuje naturalny składnik jego chemicznymi odpowiednikami, to musi użyć mieszanki składników, aby osiągnąć ten sam efekt. Na przykład zamiast prawdziwego soku z owoców, który byłby jedną pozycją na liście, w kartonie możesz znaleźć: wodę, cukier (lub sztuczny słodzik), aromat zgodny z naturalnym, barwnik, stabilizator, przeciwutleniacz, regulator kwasowości, a na deser może jeszcze jakiś konserwancik, czy dwa. Konsystencja i smak podobne. Może nawet z miąższem być. Ale dla Twojego organizmu, który chciałby z wlewanego weń napoju przyswoić jakieś mikroelementy, ogromną różnicę robi skład tejże cieczy. Tak więc pamiętaj: mniej = lepiej.

W następnej kolejności zwróć uwagę na to, czy składniki które chcesz zobaczyć w składzie, albo te które spodziewasz się tam zobaczyć, faktycznie tam są. Czasami producenci robią tak, że składnik występuje tylko częściowo, a reszta jest dopełniana czymś innym. Na przykład chcesz kupić chleb pełnoziarnisty. Robisz to świadomie, ponieważ wiesz, że chleb z białej mąki to puste kalorie. Przeczesujesz więc w pośpiechu sklepową półkę z pieczywem i widzisz ładny, ciemny chlebek z napisem „chleb żytni„. BINGO? Jeszcze nie, sprawdźmy najpierw skład. „Mąką żytnia 21%…„, a reszta mąka pszenna, sól, może trochę barwnika. Chcesz dobrze, wychodzi jak zwykle. Jeśli jednak nauczysz się sprawdzać takie rzeczy, to nie dasz się kolejny raz wpuścić w maliny (albo w pszenicę). Takich „oszukanych” pełnowartościowych produktów jest bardzo dużo, a te które faktycznie są godne uwagi nikną gdzieś w gąszczu podróbek i tandety spożywczej.

Czytając etykiety patrz również na zawartość soli, cukru i słodzików. Cukier – ble. Syrop glukozowo-fruktozowy – ble. Cukier trzcinowy – ble. Generalnie unikaj wszystkiego, co jest słodzikiem. Nie zawsze się da, ale trzeba próbować. Z dwóch podobnych produktów zawsze wybieraj ten, który nie ma cukru, bądź słodzików. Więcej o cukrze pisałem tutaj: Białe Złoto i Biała Śmierć – czym cukier zasłużył na te dwa przydomki? Strrrraszne rzeczy :) Najgorszym z najgorszych jest oczywiście niesławny aspartam, który swojego czasu został uznany najbardziej szkodliwym środkiem chemicznym stosowanym w przemyśle żywieniowym. Oznaczany jest symbolem E951, a jeden z producentów jakiś czas temu zmienił nawet jego nazwę na AminoSweet, tak dla niepoznaki 😉 Miej się na baczności. Więcej o kontrowersjach związanych ze stosowaniem i spożywaniem aspartamu można poczytać na Wikipedii.

Jak śpiewa Illusion, sprawdzaj zawartość Polski w Polsce, bo tutaj też można znaleźć niezłe kwiatki. Czasami coś malinowego ma 70% malin, czasem 7%, innym razem 0,7%, a najczęściej wcale. Czytając etykietę bądź czujny na takie oszustwa. Bierzesz do ręki masło orzechowe. Zawartość orzechów – 64%. A reszta to co? Jak myślisz? Cukier i tłuszcz! Smacznego… Nie jest jednak tak źle, bo zawsze można popić sokiem „Malina z cytryną” i będzie git. A nie, zaraz. Zawartość malin – 0,19%. I tak dalej, i tak dalej. Przykładów można by mnożyć. Wskazówką pomagającą szybko wykrywać tego typu zagrania jest wyłapywanie napisów mówiących że coś jest „o smaku…” czegoś. Tak samo pamiętaj o różnicy pomiędzy sokami i napojami :)

I jeszcze jedna z ulubionych porad Marysi: jeżeli czytasz etykietę i znajdujesz coś, czego nie jesteś w stanie wymówić, albo nie masz pojęcia co to słowo oznacza, to lepiej poszukać czegoś innego :)

.

Składniki chemiczne – skąd mam wiedzieć które E są dobre, a które nie?

No właśnie. Zawsze pojawia się w końcu problem sławnych E, czyli dodatków oznaczonych symbolami od E100 do E1999. Jeśli znasz choć trochę temat, to pewnie wiesz, że niektóre E nie są szkodliwe i można je spokojnie spożywać, jak na przykład likopen (E160d), który jest barwnikiem ekstraktowanym z pomidorów. Problem jednak polega na tym, że tych wszystkich E jest tak dużo, że nikt normalny nie nauczy się rozróżniać dobrych E od złych E. W związku z tym kolejną z zasad, którymi należy się kierować podczas wybierania artykułów spożywczych jest: jak najmniej E, najlepiej wcale. Jeżeli musisz kupić produkt z E bo nie ma żadnej alternatywy, to możesz sprawdzić czy składnik jest szkodliwy korzystając z aplikacji eFood (dostępna na Androida i iOS’a). Aby uzyskać interesujące nas informacje trzeba wprawdzie wprowadzić ręcznie symbol do aplikacji, ale to zawsze lepsze niż czytanie Wikipedii na telefonie.

Jeżeli należysz do elitarnego grona, które chce mieć wiedzę o wszystkich E w głowie, to życzę miłej zabawy. Oto lista :) Zauważysz, że lista chemicznych dodatków do żywności jest zgrabnie podzielona na barwniki, konserwanty, przeciwutleniacze i regulatory kwasowości, emulgatory, środki spulchniające, żelujące, wzmacniacze smaku, środki słodzące, nabłyszczające, pomocnicze i inne. Wszystko po to, aby było Ci łatwiej je zapamiętać 😉

Pozostałym wystarczy że zapamiętają: E jest ble! Oh yeah! :) – w tym przypadku nie boję się uogólniać.

.

Zachęcam więc, czytaj etykiety. Na początku będzie to upierdliwe i wydłuży czas robionych zakupów. Później jednak nauczysz się już czego unikać, co omijać z daleka, a które produkty są dobre. Nauczysz się też wyłapywać interesujące Cię składniki już przy pierwszym rzucie oka na etykietę. Weźmiesz chleb podpisany jako razowy i nie będziesz czytać całego składu, tylko spojrzysz czy ma sól. Ma? „NEXT!

Na koniec taka mała wskazówka: im mniej przetworzona żywność tym mniejsza szansa na jakieś składniki chemiczne na etykiecie. Wybieraj więc te produkty, które są jak najbliższe świeżym warzywom i owocom… A najlepiej jedz świeże warzywa i owoce :)

.

Jeśli jeszcze nie masz dość, to przeczytaj sobie ten artykuł, który jakiś czas temu znalazłem na Wykopie: http://www.wykop.pl/ramka/2152854/5-nieuczciwych-firm-i-ich-sposoby-na-manipulacje/. Poczytasz w nim o kilku naprawdę podstępnych zabiegach stosowanych przez producentów znanych marek. Śmierdzi kantem na kilometr, ale tylko dla zwykłego Kowalskiego. W świetle prawa wszystko jest ok. Masakra!

EDIT: natrafiłem niedawno na jeszcze inny ciekawy artykuł. Dorzucam :) http://blog.posbistro.com/mistrzowie-falszowania-zywnosci-przerazajace-fakty/

.

2 Responses

  1. Aniela

    No niestety czytanie etykiet troche czasu zajmuje, ale chociaz wiemy co kupujemy. Kiedys robilam zakupy w almie albo piotrze i pawle, ale godzinami stalam i szukalam w google czy taki a nie inny skladnik E jest szkodliwy. Teraz oszczedzam sobie czas i po prostu nie robie tam zakupow 😀

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *